Podróże z dzieckiem Portugalia

Portugalia. Między Porto a Lizboną – Aveiro, Peniche, Óbidos i inne

Między Porto a Lizboną kryje się Portugalia może mniej popularna niż wybrzeże Algarve, ale nie mniej interesująca. To Estremadura i Beiras – dwa regiony, trochę na prowincji, gdzie popija się nalewkę Ginja de Óbidos, zagląda do rybackich domów w Costa Nova czy szuka zadumy w sanktuarium w Fatimie. Ten region ma do zaoferowania wiele nieoczywistych miejsc do zobaczenia.

Nim ruszymy na wędrówkę, słów kilka o tym, jak poznawaliśmy Portugalię, krok po kroku i… strona po stronie.

„Z SAMOTNOŚCIĄ PORTUGALCZYKA” W PLECAKU

To był nasz kolejny raz w Portugalii. Jednak o tym jak mało o niej wiemy uświadomiliśmy sobie już podczas pierwszej podróży. Zabraliśmy ze sobą Samotność Portugalczyka Izy Klementowskiej i odkrywaliśmy Portugalię w dwóch wymiarach: geograficznie – zmierzając Camino da Costa od Porto do hiszpańskiego Santiago de Compostela i w głąb czasu – poznając niezwykłe historie z  dziejów Portugalii. Mijaliśmy kolejne miejscowości, im bardziej na północ, tym bardziej ciche i wyludnione, w przerwach raczyliśmy się portugalską kawą i wybornymi pasteis de nata. Ich słodycz kontrastowała z gorzkimi opowieściami Klementowskiej.

O życiu w milczeniu i ciągłym strachu, jaki panował za dyktatury Salazara a później o stopniowym odzyskiwaniu głosu i zaufania do sąsiadów.

Jak większość państw stworzonych w imię idei jednego człowieka, Estado Novo nie było rajem. A dla wielu okazało się prawdziwym piekłem.

Salazarowski model państwa stworzony został w 1933 roku. W Europie faszyzujące ruchy przeżywały wówczas swój rozkwit, a Estado Novo niewiele różniło się od państwa Adolfa Hitlera czy Benito Mussoliniego. Jest może jedna wyraźna różnica – Nowe Państwo Antónia de Oliveiry Salazara przetrwało aż do rewolucji goździków w 1974 roku. Wszechobecny terror, tajna policja śledząca obywateli, wyszukane tortury w więzieniach, brak zaufania do najbliższych, strach i niepewność – w takiej Portugalii trudno było żyć.

Rządzone autorytarną ręką państwo było nie tylko  niedemokratyczne, ale też – nawet jak na swoje czasy – wyjątkowo patriarchalne. Niech świadczy o tym chociażby proces trzech Marii z 1973 roku,  kiedy to trzy pisarki (każda o imieniu Maria) napisały Nowe listy portugalskie, swojego rodzaju sprzeciw wobec panującego patriarchatu i zostały oskarżone o szerzenie szkodliwych dla społeczeństwa treści.

Przeciw czemu się buntowały? Chociażby przeciwko poglądowi, że naturą kobiet jest przebywanie w domu, rodzenie i wychowywanie dzieci, co zresztą potwierdzała konstytucja Portugalii. Według ówczesnej propagandy, „kobiety stoją po stronie natury, mężczyźni po stronie kultury”. Pomysły ażeby negować istniejący wówczas porządek nie były dobrze przyjmowane, stąd pisarki spotkały się z prześladowaniami, z procesem włącznie. Proces jednak nigdy się nie zakończył, Portugalia w tym czasie miała już inne problemy.

SAUDADE I PORTUGALSCY RETORNADOS

Na kontynencie rewolucja goździków zakończyła okres autorytarnego Estado Novo, a w koloniach zaczynało już wrzeć. Afryka budziła się do wolności.

Angola, znana nam była z walk o niepodległość z Jeszcze jednego dnia życia Kapuścińskiego, ale za sprawą Klementowskiej nabrała wymiaru ludzkiego i tragicznego także po stronie kolonizatorów: historie retornados, czyli Portugalczyków urodzonych w terytoriach zamorskich, którzy po dekolonizacji wrócili do Portugalii, poruszają podobnie jak historie Angolczyków. Jak mówił dom Rui, jeden z bohaterów Samotności Portugalczyka: Angola wszystko mu dała i wszystko odebrała. Kolejny dowód na to, że za wielką polityką zawsze kryją się dramaty zwykłych ludzi. No i wciągnęła nas ta Portugalia.

Potem były jeszcze historie Marcina Kydryńskiego z książki Lizbona. Muzyka moich ulic, który pisze w taki sposób o mieście i rozbrzmiewającym w nim fado, że czytelnik cały jest skąpany w tym portugalskim saudade.

Czy da się przetłumaczyć w jednym słowie, co kryje się pod saudade? To tęsknota podszyta melancholią, poczucie straty i ciągła nostalgia.

Zamiast próbować ją opisać, lepiej włączyć muzykę chociażby Marizy, która potrafi być tak przejmująca, że cała jest emocjami.

Portugalia to także zapach oceanu, ryb i portu bo cóż innego w kraju, który dał nam największych odkrywców i który ma w swoich granicach taką perełkę jak Azory. I pasteis de nata, bo to już miłość na zawsze, której żaden łasuch się nie oprze 😉

Tak więc tym razem w składzie powiększonym o jednego małego zawodnika znowu tam pojechaliśmy.

Jeździliśmy niespiesznie między Porto a Lizboną, doceniając korzyści, jakie daje podróżowanie z małym człowiekiem – mieliśmy czas, nigdzie się nie spieszyliśmy.

MIĘDZY PORTO A LIZBONĄ – NASZA TRASA

Aveiro

Chyba nie ma nic lepszego niż miasta, gdzie codzienne życie toczy się swoim torem, nie zważając na krzątających się tu i ówdzie turystów. W takim miastach łatwo wtopić się w tłum mieszkańców i wpaść w ich rytm. Aveiro idealnie się do tego nadaje – jest to niewielkie miasto, które w zasadzie można obejść w ciągu jednego dnia. A w trakcie spaceru można się zastanawiać czy bardziej ciekawią nas atrakcje turystyczne czy obserwowanie portugalskiego życia.

Co można zobaczyć w Aveiro?

Kiedyś było bogatym miastem portowym, jednak natura spłatała figla bogacącym się mieszczanom i w 1575 roku jedną burzą odcięła Aveiro od dostępu do morza. Port przestał być używany, skończyły się połowy dorszy oraz zbiory wodorostów. Na dodatek powstałe po burzy szerokie mokradła ze stojącą wodą były idealnym miejscem do rozwoju zarazków, przez co ludność dziesiątkowały choroby.

Dopiero po 200 latach budowa kanału łączącego na nowo miasto z oceanem i osuszenie części mokradeł zakończyło ten czarny okres w dziejach Aveiro. Dziś znane jest ono właśnie z kanałów i często porównywane (z przesadą) do Wenecji. Po kanałach znowu pływają moliceiros – charakterystyczne łodzie używane kiedyś przez poławiaczy wodorostów. Warto się im poprzyglądać bo na dziobach mają wymalowane nie tylko wizerunki świętych, ale też sprośne żarty, które czasem są zrozumiałe nawet bez znajomości  języka portugalskiego. Rejs taką łodzią kosztuje 10€.

Aveiro ma też sympatyczną starówkę po której z przyjemnością można się pokrzątać a przy okazji posłuchać portugalskiego fado płynącego ciągle z głośników tamtejszego sklepu muzycznego, zahaczyć o targ rybny, poprzyglądać się misternym wzorom płytek na budynkach i oczywiście spróbować ovos moles – typowych słodkości z Aveiro w kształcie muszelek, które w kruchym wafelku zamykają… jajko. Najprościej porównać wnętrze do naszego kogla-mogla na gęsto, warto spróbować.

Costa Nova

Kilka kilometrów od Aveiro znajdziemy kilometry długich i szerokich piaszczystych plaż. Poza plażami znajdziemy jednak też coś dla uciechy oka: w miejscowości Barra jedną z najwyższych w Europie latarni morskich, natomiast nieco dalej na południe miejscowość Costa Nova – największe na całym wybrzeżu Beiras skupisko charakterystycznych rybackich domków nazywanych palheiros.

Czym się one charakteryzują? Otóż ich elewacje pomalowane są w charakterystyczne poziome lub pionowe pasy w różnych konfiguracjach kolorystycznych z bielą. Wzdłuż domków poprowadzony jest deptak, poza sezonem raczej pusty. Samo miasteczko też sprawiało wrażenie sennego; wydaje się, że większość domów służy za rezydencje wakacyjne więc być może w sezonie letnim wygląda zupełnie inaczej. Niemniej warto zobaczyć ten jeden z bardziej popularnych portugalskich widoczków.

Fatima

Do Fatimy zawitaliśmy na chwilę, przejazdem. Wahaliśmy się czy warto bo w pamięci ciągle mamy sakralny bazar w Lourdes, ale postanowiliśmy sprawdzić. Los chciał, że zaskoczyliśmy się pozytywnie – było deszczowo i odpychająco, przez co chyba mieliśmy okazję zakosztować względnej ciszy i spokoju tego miejsca. Sanktuarium jest przygotowane na tłumy odwiedzających, główny plac jest w stanie pomieścić więcej pielgrzymów niż Plac Świętego Piotra w Watykanie – to robi wrażenie. Na dodatek jest pomyślany w taki sposób żeby z każdego miejsca była dobra widoczność na odbywające się uroczystości.

Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jadąc do Fatimy należy się nastawić na charakterystyczne dla tego rodzaju miejsc komercję i bazarowy dewocjonalizm. W każdym razie tak nastawieni ryzykujecie jedynie pozytywne rozczarowanie a nie odwrotnie 😉

Peniche

Peniche idealnie wpisało się w nasze potrzeby i oczekiwania: to niewielkie rybackie miasteczko wcale nie zamierza konkurować o popularność z położonym niedaleko Óbidos, nie kusi atrakcjami i nie oczekuje tłumu turystów. Wręcz przeciwnie: poza sezonem to spokojna miejscowość, gdzie powoli toczy się życie. Położona nad oceanem, owiana jest jego zapachem, który przenika do wszystkich uliczek starówki. I bynajmniej nie jest to starówka jak z katalogu: niewielkie domy w większości tknięte są zębem czasu, nie otwierają przed nami licznych kawiarenek a raczej prezentują zamknięte drzwi prywatnych domów. Zawiedzie się ten, kto szuka turystycznej perełki.

Atrakcji jest raczej niewiele: w centrum starówki stoi biały kościół świętego Piotra z XVII wieku, a nad oceanem znajduje się Fortalezza de Peniche. Twierdza to niski budynek w kształcie gwiazdy, siedemnastowieczny fort zamieniony z czasem w więzienie. W czasie rządów Salazara nazwa Peniche, podobnie jak Caxias, kojarzyła się jak najgorzej: tu znajdowało się jedno z licznych więzień dla przeciwników politycznych Nowego Państwa utworzonego przez portugalskiego dyktatora.

Tajna policja PIDE (wczesniej PVDE) specjalizowała się w psychicznych torturach jak pozbawienie więźniów snu (te akurat zaczerpnięte z tajnego rozporządzenia CIA z 1963 roku), wydawanie nieregularnych posiłków, co uniemożliwiało orientację w czasie czy przebywanie w pomalowanych na biało pomieszczeniach. Aktualnie w forcie znajduje się Muzeum Miejskie prezentujące wystawy związane z historią miasta: jest część poświęcona ruchowi oporu, kolekcja archeologiczna oraz wystawa przedstawiająca lokalną tradycję koronkarską.

No ale najważniejsze! Będąc w Peniche po prostu nie można pominąć miejsca kultowego, które serwuje obłędne jedzenie: Restaurane a Sardinha (Rua Vasco da Gama 93). W tej rodzinnej restauracji znajdziecie wszelkiego rodzaju dania z ryb i owoców morza, smaczne i świeże, o czym świadczą tłumy gości. Znajdziecie tam też najbardziej oldschoolowe krzesełka dla dzieci, jakie można sobie wyobrazić, za to niesłychanie pomysłowe, pierwszy raz nasz 11-miesięczny wtedy syn siedział z nami dosłownie przy stole 🙂

Óbidos

To całkowite przeciwieństwo Peniche – to miasto żyjące z turystyki, które jest perełką na najwyższym poziomie ze wszystkimi tego zaletami i wadami.

O tym, że trafiliśmy do miejsca znanego możemy się przekonać już u podnóża miasta – na licznych parkingach co rusz zatrzymują się autokary dowożące grupy zwiedzających. Po przejściu przez średniowieczne mury jasne staje się, skąd te tłumy: to niewielkie miasteczko potrafi zauroczyć od pierwszego wejrzenia. Zwarta zabudowa wzdłuż wąskich uliczek nadaje mu przytulnego charakteru, domy pomalowane są w większości na biało z niebieskimi lub żółtymi wstawkami a sielankowy charakter podkreślają dodatkowo zadbane kwiaty i wybrukowane ulice. Jest naprawdę pięknie, co doceniło także UNESCO, wpisując Óbidos na listę światowego dziedzictwa, co z pewnością przyczyniło się do utrzymania harmonijnego charakteru miasta.

Historia miasta jest zamierzchła i z gatunku tych romantycznych: W XIII wieku królowa Izabela otrzymała je w prezencie ślubnym od swojego męża Dionizego I. Ten gest zapoczątkował tradycję przekazywania go jako podarunek kolejnym władczyniom. Dzisiaj zadziwiające wydaje się, że w tamtym czasie było to miasto położone nad zatoką. Dopiero z czasem nanoszony przez wodę muł odciął je od Atlantyku, hamując tym samym jego rozwój. Dzięki temu jednak miasto zachowało kameralny charakter, jaki możemy oglądać dzisiaj. Tutaj warto wspomnieć, że jest to także zasługa budowniczych, którzy odbudowywali miasto po trzęsieniu ziemi z 1755 roku – zostało ono odbudowane na fundamentach zniszczonych budynków z zachowaniem ówczesnego układu ulic.

Wizytówką miasta są bez wątpienia długie mury obronne i zbudowany w czasach mauretańskich zamek. O tym, że zamek jest ważny dla Portugalczyków niech świadczy chociażby to, że jest to jedna z siedmiu warowni umieszczonych w herbie kraju. Co ciekawe, aktualnie od wielu lat pełni on funkcję hotelu. Mury są udostępnione dla zwiedzających, w czasie spaceru można z jednej strony oglądać średniowieczny układ miasta i górujący nad nim zamek a z drugiej malowniczą panoramę okolicy.

Na samej starówce Waszą uwagę na pewno zwrócą brama Porta da Vila, przez którą wchodzi się do miasta idąc od parkingu. Jako główna brama odpowiednio się prezentowała: od wewnątrz znajdują się piękne azulejos, które przedstawiają patronkę bramy Nossa Senhora da Piedade. Spacerując uliczkami co rusz trafiamy na jeden z licznych kościołów czy kaplic, możemy zatrzymać się na mniejszych lub większych placykach a przy głównej ulicy wprost zagubić się w sklepach z rękodziełem, pamiątkami i Ginja de Óbidos. No właśnie, to tutaj swoją ojczyznę ma słynna portugalska wiśniówka. Od wielu pokoleń wyrabiana jest z wiśni z lokalnych sadów i zgodnie ze zwyczajem serwowana w czekoladowych kieliszkach, które po wypiciu trunku zjada się ze smakiem.

Czekoladowe kieliszki nie wzięły się jednak znikąd, od niemal dwudziestu lat wiosną odbywa się bowiem w Óbidos Międzynarodowy Festiwal Czekolady. Każdego roku prezentowany jest temat przewodni, z którym mierzą się specjaliści od czekolady, przygotowując czekoladowe rzeźby. Dodatkowo są warsztaty kulinarne, zabawy dla dzieci i wszystko kręci się wokół czekolady.

Między Porto a Lizboną – informacje praktyczne

Zwiedzanie Portugalii między Porto a Lizboną najwygodniej zrobić wynajętym samochodem. Trzeba jednak pamiętać o dwóch ważnych rzeczach.

Primo, jeśli chcemy wypożyczyć samochód w jednym z tych miast a zwrócić w innym, wypożyczalnie doliczają specjalną dopłatę, która jest stosunkowo wysoka. Zdarza się, że niektóre w ramach promocji rezygnują z tej opłaty, warto zrobić dokładne rozeznanie lub zaplanować odbiór i zwrot samochodu w jednym miejscu.

Secundo, część dróg w Portugalii jest płatna i niestety współistnieje ze sobą kilka różnych systemów płatności w zależności od drogi, którą się poruszamy. Wydaje się to być bardzo skomplikowane dla przeciętnego przyjezdnego dlatego najwygodniej zapytać w wypożyczalni o możliwość skorzystania z urządzenia, w jakie są wyposażone zakładam wszystkie samochody: otóż działa ono na wszystkich punktach poboru opłat i automatycznie ściąga należność z naszej karty kredytowej. Nie jest to droga opcja a zdecydowanie bezpieczniejsza niż zastanawianie się po powrocie czy nie ściga nas jakiś zaległy portugalski mandat 😉

Saudade, ach, saudade
Iza Klementowska, Samotność Portugalczyka. Wołowiec 2014

To jedna z tych książek, do których często wracamy. Portugalia była dla nas zagadką a z każdą kolejną lekturą Samotności Portugalczyka czujemy, że jesteśmy jej bliżej. Może dlatego, że Klementowska potrafi wyłuskać z przypadkowo spotkanego człowieka jego historię i zanurzyć ją w tej historii, o której często piszemy przez duże „H”. To pojedyncze losy tworzą dzieje każdego kraju i tych znajdziemy w tej książce mnóstwo: zwykłych ludzi jak ja i Ty, bohaterów z cokołów pomników, ale też antybohaterów ostatnich lat jak chociażby sam Salazar.

 

szkielet białego słonia KlementowskaJak się żyje „po”
Iza Klementowska, Szkielet białego słownia. Wołowiec 2016.

Nie jest to książka bezpośrednio o Portugalii, ale nie wierzę, że po liźnięciu chociaż odrobiny historii nie pojawia się ciekawość tego jak żyje się w krajach, które dla Portugalczyków były czasem po prostu zamorskimi terytoriami, czasem domem od pokoleń. Klementowska pisze współczesnym Mozambiku, jaki zastała, ale też wraca do historii. Jak zwykle przekrojowo, niebanalnie, blisko ludzi.

 

O muzyce płynącej z serca
Marcin Kydryński. Lizbona. Muzyka moich ulic.

Kto choć raz słuchał trójkowej Sjesty lub jakiejkolwiek audycji prowadzonej przez Marcina Kydryńskiego, łatwo wyobrazi sobie klimat tej książki. Ona cała jest muzyką, nostalgią i miłością do tego miasta. Dość nietypowy to przewodnik po Lizbonie, pełen nowych twarzy, nazwisk a jeśli czytamy z odwołaniami do muzyki to także dźwięków. I chociaż spacerując po Alfamie w tłumie turystów trudno odnaleźć ten klimat, głęboko wierzę, że on istnieje gdzieś w przydymionych lizbońskich knajpkach, gdzie fado rozbrzmiewa z głębi serca. Książkę bardzo polecam, szczególnie zimą – jest tak zmysłowa, że z łatwością damy się przenieść do słonecznej części Europy i poprowadzić ścieżkami wytyczonym przez autora,

0 comments on “Portugalia. Między Porto a Lizboną – Aveiro, Peniche, Óbidos i inne

Dodaj komentarz