skomplikuj sobie podróż

Wioski, plemiona, ludy. O języku, jakim posługuje się turystyka

język turystyki

„W północnej części Polski spotkać można plemiona Kaszubów. Zamieszkują wioski nieopodal Gdańska, posługują się nadal starym dialektem mającym status języka mniejszości – językiem kaszubskim, stroje ludowe to….”. Czy użylibyście takich słów żeby opowiedzieć znajomemu z zagranicy kim są Kaszubi? Chyba nie. No właśnie. A w podobny sposób opisywany nam jest świat.

Pytanie jak ten opis wpływa na to, jaki świat widzimy. Język jest potężnym narzędziem. To, w jaki sposób go używamy, jakich słów dobieramy nie pozostaje bez znaczenia dla naszego postrzegania świata. Ba, język stwarza ten świat, z czego dobrze zdają sobie sprawę wszelkie dyktatury, starając się zawładnąć językiem (media, telewizja, izolacja intelektualistów i artystów), a dzięki temu także ludźmi.

Z drugiej strony język jest podstawowym narzędziem do opisu naszej rzeczywistości. Robimy to my na tym blogu, robią to biura podróży, autorzy przewodników. Zastanawialiście się kiedyś jaki obraz świata odbieracie w tej turystycznej narracji?

W PUŁAPCE STEREOTYPÓW

Chociażby przewodniki. Przed pierwszą podróżą do, dajmy na to, Indii nie wiemy o tym kraju nic poza ogólnikami i stereotypami. Jesteśmy jak tabula rasa, która będzie stopniowo zapełniana wiedzą a później doświadczeniem. Sięgamy więc po przewodnik i czytamy, że „bazary Starego Delhi to atak na zmysły, który może przyprawić o zawrót głowy: aromatyczne bombardowanie zapachami kadzideł, przypraw, potu i oparów benzyny z autoriksz, a wszystko doprawione ciągłą ścieżką dźwiękową krzyków, szczekania, muzyki i klaksonów.”*

Stopniowo buduje się w nas obraz, jaki zastaniemy po przyjeździe. Co więcej, na miejscu będziemy patrzeć na zastaną rzeczywistość przez pryzmat tego, co przeczytaliśmy w przewodniku.

A to tylko wyimek świata, na dodatek podany nam w odpowiednio doprawionym pod nasze oczekiwania sosie. A przyprawy to egzotyczne, bo przecież „egzotyki” na takim wyjeździe turysta oczekuje.

TUBYLEC, CZYLI… CZŁOWIEK

W turystyce dominuje dyskurs opisany przez Edwarda Saida w ważnej dla humanistyki książce „Orientalizm”. Mówiąc krótko: Said doszedł do wniosku, że to, jak opisujemy nowe światy zależy w dużej mierze od tego, jak je zdobyliśmy. Okazuje się, że w naszym kręgu kulturowym przyjmujemy najczęściej perspektywę cywilizowanego Zachodu, którzy podbił wschód i przez lata zaprowadzał tam własne porządki. Szczególnie względem krajów słabiej rozwiniętych od naszego. Dominuje w tym opisie protekcjonalizm i wyższość względem innych ludów, plemion, tubylców zamieszkujących odległe wioski w malowniczych krainach.

Celowo użyłam słów, których mnóstwo nadużywanych jest w przewodnikach książkowych zamiast napisać po prostu – ludzi. Trudno wyobrazić sobie takie sformułowania w przewodniku po Francji czy Wielkiej Brytanii, ale już w tych opisujących Indie czy Wietnam wydają nam się jakby naturalne. Tylko właściwie dlaczego?

CO JEST AUTENTYCZNE, A CO TAKIM TYLKO SIĘ WYDAJE?

W zachodnich wyobrażeniach i opisach Orient/Wschód  jest pełen stereotypów: jest dziki i nieokrzesany, jednocześnie egzotyczny i tajemniczy, magiczny, mistyczny i pogański – zasób określeń jest szeroki, pytanie czego akurat potrzebujemy. Wielokrotne powtarzanie tych stereotypów sprawiło, że zostały uznane za prawdę i używane do opisu świata na szeroką skalę. Posługuje się nimi literatura podróżnicza, pełna jest ich poezja, teraz w opisie świata korzysta z nich turystyka.

Z jednej strony to oczywiste, że w ten sposób oswajamy nieznane, ale z drugiej powstaje pytanie w jaki sposób poznajemy nowe miejsca, kiedy opieramy się na takim opisie? Co mówią nam te magiczne słowa o przeciętnym mieszkańcu, tym mieszkającym w mieście, chodzącym do pracy, spędzającym czas na znanych nam rozrywkach? Żyjemy w czasach globalizacji, nie łudźmy się, że ludzie żyją bez dostępu do telefonów komórkowych i telewizji satelitarnej. Jednak po przeczytaniu przewodnika czy folderu biura podróży, turysta nie taki świat chce tam zastać. Ale czy jest alternatywa?

Zawsze jest jakieś wyjście. Już sama świadomość specyficznego języka, jaki jest do nas kierowany może nas uwrażliwić na jego odbiór i pozwolić zachować potrzebny dystans. Wszak nie wszystko, co czytamy musimy przyjmować jako prawdę absolutną.

Można też szukać innych źródeł wiedzy i obok autorów przewodników poznać głos ludzi. Sięgnąć po literaturę piękną, obejrzeć film, posłuchać muzyki – pozwolić ludziom przemówić w swoim imieniu. Można poszukać reportażu, który w naszym kraju ma się nad wyraz dobrze; polscy reporterzy piszą o wielu częściach świata a nasze wydawnictwa wydają też coraz więcej reportaży zagranicznych. Na miejscu można szukać kontaktu z mieszkańcami (np. couchsurfing) i od nich dowiedzieć się jak wygląda ich życie – najczęściej ma tyle wspólnego z kolorowymi opisami z przewodników co lista przebojów Trójki z piosenkami Mazowsza 😉

To nie jest rozwiązanie prostsze. Do tego jest z góry skazane na niepowodzenie jeśli chcemy wiedzieć wszystko – wszystkiego wiedzieć się nie da. Może więc warto odrzucić perspektywę oświeconego człowieka z Zachodu, uzbroić się w nieśmiertelne Wiem, że nic nie wiem i z pokorą odkrywać świat po kawałku. I po swojemu.

*Opis wydawcy do przewodnika Lonely Planet. Indie Północne.

0 comments on “Wioski, plemiona, ludy. O języku, jakim posługuje się turystyka

Dodaj komentarz