Hiszpania

Gibraltar. Fish and chips z makakiem za plecami

gibraltar

Aby wejść do miasta trzeba poczekać. Szlaban precyzyjnie oddziela od pasa startowego. Lotnisko z trudem mieści się na niecałych 7 km2 powierzchni terytorium. Za chwilę wyląduje samolot, potem tłum ruszy do brytyjskiej enklawy u wrót Afryki na jednym z południowych krańców Europy. Gibraltar to półwysep pamięci o dawnym świecie żyjącym marzeniami o podboju nowych ziem i nieustannym, łapczywym pochłanianiu nowych przestrzeni.

Z tarasu na szczycie słynnej skały The Rock, rozciąga się widok na okolicę. Gdzieś w oddali majaczy Afryka i marokańskie wybrzeże. Najwęższe miejsce Cieśniny Gibraltarskiej to ledwie 14 kilometrów (z Gibraltaru 25). W nieco piknikowej atmosferze, patrząc na makaka sięgającego po kolejnego krakersa, trudno wyczuć ciemniejszą stronę kolonii. A jednak.

Lazurowe wody Gibraltaru nasączone są zapachem dużych pieniędzy. Tędy szmugluje się z Maroka ogromne ilości narkotyków, haszyszu i marihuany.

Dla wielu imigrantów to także droga do ziemi obiecanej, choć z uwagi na łatwość kontroli wąskiego przesmyku, o dużo mniejszej skali niż na włoskiej Lampedusie.

Makaki, czyli małpy berberyjskie, próbują wykorzystać każdy moment nieuwagi. O ten nietrudno. Rozemocjonowany chwilową egzotyką turysta patrzy głównie w obiektyw aparatu. To doskonały moment by sięgnąć do torebki. Gdzieś na schodach szuka cienia samica z młodymi. Szukamy przejścia, małpa skacze na mur i rzuca się do ataku, piszcząc i drapiąc łapkami po plecach. Trzeba znaleźć inną drogę.

Małpy na Gibraltarze pojawiły się w połowie XVIII wieku. Zostały sprowadzone z Afryki Północnej, według jednej z teorii przez Maurów jako zwierzaki domowe, a według innej, przez żołnierzy brytyjskich, którym miały służyć za ruchomy cel. Z mięsa armatniego szybko stały się symbolem wyspy, a według legendy, kiedy wyginą, Gibraltar przestanie być brytyjski.

Nawet Churchill miał w czasie wojny wydać rozkaz o dodatkowym transporcie małp do kolonii. Większość z nich ma imiona, a na szczycie The Rock można przeczytać krótkie biografie najstarszych osobników.

Brytyjskość Gibraltaru akcentują afisze na sklepach w języku angielskim. Porządku pilnują typowi angielscy bobbies, a restauracje serwują słynne (i ciężkie) fish and chips. Jest też tradycyjna czerwona budka telefoniczna. Ale Gibraltarczyk nosi w sobie korzenie wielu innych nacji, które przybyły do kolonii na przestrzeni stuleci (posiadłością brytyjską półwysep jest od 1713 roku). Swoje piętno na mieście odcisnęli m.in. Portugalczycy, Hiszpanie, Maltańczycy, Brytyjczycy, Żydzi, Hindusi i Maurowie. Na ulicach częściej niż angielski słychać hiszpański (a może yanito czyli jeden z dialektów andaluzyjskich). Brytyjską koronę nad Gibraltarem zaznacza jednak miejscowa aura. To jak chce jeden z hiszpańskich poetów „pocałunek przesłany przez Londyn swojej kolonii”. Mowa o mgłach, które latem nawet w słoneczny dzień potrafią spowić całą The Rock w gęstych kłębach.

 

Wieczorem Gibraltar zastyga. Stare miasto sprawia wrażenie sennego i opuszczonego, by nie powiedzieć prowincjonalnego. To jedna z tych rzeczy, która odróżnia Gibraltar od innych biznesowych oaz. I między innymi dlatego warto to miejsce odwiedzić – dla konfrontacji własnych wyobrażeń. No i dla makaków.

gibraltar

0 comments on “Gibraltar. Fish and chips z makakiem za plecami

  1. Interesujące miejsce. Myślę, że warto je odwiedzić będąc w pobliżu, np. w Andaluzji.

Dodaj komentarz